Zachwycające miasta, emocje, ludzie żyjący Polską i polskością

08-10-2018

Część 2. rozmowy z Czesławem Czaplińskim - przyjacielem gwiazd światowego formatu i moje skromne pragmatyczne pytanie - ile kosztuje godzina zajęć z mistrzem fotografii?

"Jeżeli chodzi o samo fotografowanie, to mówi się, że jestem najdroższy. Znaczy to jest negocjowane, czyli żeby komuś robić zdjęcia. Natomiast, jeżeli robię spotkania typu warsztatów, jeżeli to się rozłoży na na ileś osób, to nie jest nic tragicznego. Ja w ogóle lubię się z ludźmi dzielić tym, co robię, bo uważam, że jeżeli w kilkudziesięcioosobowej grupie przekonam jedną albo dwie osoby, że będą robić lepsze zdjęcia, to uważam to za sukces, dlatego, że nigdy nie wiemy jak te zdjęcia mogą nam się przydać i do czego - dla cywilizacji czy dla kultury. Mam niektóre zdjęcia, które sprzedałem kilkaset razy".

Niedługo przypada ważna data, 180-lecie powstania fotografii. Czym ta data jest dla Pana jako fotografa?

"30 lat temu, w 1989 roku było 150 lat, moja wystawa w styczniu otwierała w Zachęcie ten rok fotografii. Przyleciałem wtedy z Nowego Jorku i mieszkałem w hotelu Victoria. Zapytałem portiera - gdzie tu jest najlepsza galeria? Dowiedziałem się, że tuż obok z lewej strony jest Narodowa Galeria.

Więc wziąłem portfolio, wszedłem do sekretariatu i mówię, że chcę z dyrektorem rozmawiać. Sekretarka pyta - czy Pan był umówiony? Powiedziałem, że przyleciałem specjalnie z Nowego Jorku, więc pozwolili mi wejść. No i wchodzę do tego dyrektora, przedstawiam się i pokazuję mu zdjęcia, a on ogląda. Mówię, że będzie rocznica 150 lat fotografii, a on tak patrzy na mnie i mówi - Pan myśli, że ja jako dyrektor Zachęty decyduję o tym jaka tu wystawa będzie?

Ale tak właśnie myślałem.  "Nie, ja muszę z tym iść do Komitetu Centralnego". Jeszcze wtedy był inny system. No to ja mówię - to co mam zrobić? "Jak pan mnie zostawi to portfolio, pójdę do nich i zapytam, a w przyszłym tygodniu Pan do mnie wróci. Jeszcze na koniec powiedziałem,  że rozmawiałem z Ambasadorem Amerykańskim, który chciałby być na otwarciu tej wystawy, żeby to była polsko - amerykańska wystawa, ponieważ będą portrety znanych Polaków i Amerykanów.  

Przychodzę za kilka dni do dyrektora, a on siedzi taki poważny, portfolio leży na biurku, no i pytam - i jak? "Poszedłem do nich, do tego Komitetu Centralnego. Obejrzeli, zaczęli kręcić głową. Na końcu coś jeszcze mi przyszło do głowy, że powiedziałem, że mógłby być Ambasador Amerykański, to czułem, że im się to bardzo nie podoba. Kręcili głową. Powiedziałem, że w takim razie wychodzę. Zrobiłem dwa kroki, ale jeden z KC powiedział aby poczekać. "Proszę Pana, my nie jesteśmy tym zachwyceni, ale niech Pan zdecyduje, czy ta wystawa ma być, czy nie".

Pytam się tego dyrektora, nazywał się Ptaśnik, on już nie żyje, czy robimy? Powiedział  tak, robimy. No i była wystawa".

Wspomniał Pan o galerii. Galeria dla nas, oznacza galerię sztuki, a dla młodych często galeria - to jest sklep. Czy taka podmiana pojęć przekłada się również na dziedzinę fotografii?

"Oczywiście, no galeria handlowa, a nie galeria sztuki. Narodowa Galeria, to jest najlepsza galeria, która istnieje ileś tam lat. W tej galerii przed wojną zastrzelono pierwszego prezydenta Polski - Narutowicza. Przyszedł facet który na niego strzelił w czasie oglądania zdjęć. Duża historia.

Stala Matejkowska - miałem w tej galerii, która jest bardzo ważna, za 2 lata kolejną wystawę. Było ich dwie. Bardzo ważnym jest gdzie się wystawia, bo to od razu wpływa na to, co się robi.

Miałem trzy wystawy w Muzeum Narodowym. Okazuje się, że za życia nie można mieć w Muzeum Narodowym wystawy. Trzeba umrzeć. Dyrektor obchodził to w ten sposób, że mówił, że ja mieszkam w Nowym Jorku. Czyli tak jakby dla Polski - umarłem. To oznaczało, że mogę mieć wystawę w Muzeum Narodowym. Muzeum Narodowe to jest miejsce dla zasłużonych, którzy już odeszli".

Czego dotyczyła wystawa w Muzeum Narodowym?

"W Muzeum Narodowym miałem np. wystawę dotyczącą pierwszej rocznicy September Eleven  - ataku terrorystycznego na World Trade Center w Nowym Jorku. To była wielka wystawa.

Potem miałem wystawę Artyści, w której połączyłem zdjęcia mojego przedwojennego mistrza, już nieżyjącego Benedykta Jerzego Dorysa z moimi zdjęciami. Bardzo ciekawe były zdjęcia, bo porównałem zdjęcia jego, zrobione kilkadziesiąt lat wcześniej i moje, zrobione później, tej samej osoby.

Pamiętam jak wybitna polska aktorka teatralna przyszła na tą wystawę. Nagrywała to telewizja. Ja stoję koło niej i ona mówi: "Panie Czesławie, Pan robi naprawdę fantastyczne zdjęcia, ale jakbym miała wybrać między Dorysem a Panem, to wybieram Dorysa, bo... tam byłam młodsza".

Kobiety mają to do siebie, że trzeba poprawić makijaż, wyglądać lepiej, młodziej. Jeżeli mówimy o wyglądzie i o jakimś takim systemie wartości, to fotografował Pan najpiękniejsze miasto na świecie którym dla wielu jest Lwów. A czym dla Pana jest Lwów?

"Lwów zachwycił mnie, dlatego, że ja bardzo lubię miasta które są na wzgórzach. Robiłem też Lizbonę, mam gotowy album Lizbony i ten Lwów, w którym byłem bardzo mało, dosłownie kilka dni, z chęcią bym tam przyjechał jeszcze i pofotografował.  Pamiętam, że odwiedziliśmy cmentarz Orląt. Piękne miejsce, dobrze zachowane.

Też byłem parę dni temu Wilnie, na cmentarzu Rosa. Te cmentarze polskie są cudowne,  a w ogóle też Wilno jest niesamowite - 27 kościołów w starym centrum. A Lwów - piękny, ci ludzie, którzy jak usłyszeli polską mowę, podchodzili do nas i zaczęli po polsku mówić, no rewelacja!

Cieszę się, że są jeszcze takie miejsca, gdzie ludzie żyją Polską i polskością. To jest piękna sprawa!"

Wobec tego, nie pozostaje nic innego, jak zaprosić Pana do Lwowa - być może w ramach warsztatów, a być może niekoniecznie - dla przyjemności, odpoczynku.

I jeszcze ostatnie pytanie - czym obecnie są relacje międzyludzkie? Czy można je przekazać w ramach fotografii?

"Oczywiście, fotografia jest bardzo ważna. Mówi się, że jeden obraz wart jest tysiąc słów. I to jest prawda, bo widzę jak mój syn, który jest w Ameryce, komunikuje się ze mną i ile  musiałby napisać, a tak przesyła mi piękne zdjęcia, oczywiście wie jak zrobić zdjęcia. Widzę, że jest z kimś, ogląda zachód słońca. Ile by trzeba było napisać żeby mi przekazać co on widzi?

Boli mnie tylko to, że ten Facebook czy Instagram i te inne możliwości pokazywania zdjęć, tam są tak kiepskie zdjęcia. Dlatego myślę, że ta książka się może do tego przydać, że ludzie będą robić lepsze zdjęcia. Przecież to jest tak strasznie ważne. Nie zdajemy  sobie sprawy, że robimy bardzo źle. Nie utrzymujemy złotego podziału, są proste rzeczy które istnieją od kilkuset lat. Naprawdę niewiele rzeczy trzeba wiedzieć, żeby poprawić tą sytuację.

Kilkadziesiąt tysięcy moich zdjęć jest w różnych agencjach, które je sprzedają. Rozmawiałem z taką dziewczyną, która sprzedaje te zdjęcia i pewnego razu mówi: "Jak ktoś umiera, to szukają zdjęcia tej osoby. Mamy tych zdjęć 20-30, a Pana jest 5. Na końcu, kiedy już wybierają, zostają prawie tylko Pana zdjęcia. Dlaczego tak jest, że wybierają i kupują przeważnie Pana zdjęcia?" Mówię - nie wiem. No bo one są najciekawsze.

Jeżeli naprawdę byśmy mieli świadomość robienia zdjęć, to mamy coś nadzwyczajnego, a tak robimy po prostu przypadkowo nic nie wiedząc. Chyba to jest podobna sytuacja, jak rozmawiam z kimś, że ktoś kończy szkołę i nauczył się pisać, i pisze list do kogoś. Jeżeli ten list jest napisany po-pierwsze, bardzo źle stylistycznie, po-drugie, bardzo źle gramatycznie i do tego wszystkiego jeszcze jest napisany jak kura pazurem, to co z takim listem robimy jak dostajemy od kogoś? Zostanie wyrzucony do śmieci, a większość ludzi robi takie zdjęcia i nie wie o tym, że robi straszne zdjęcia. To jest przygnębiające dla mnie jako fotografa".

Czy realnym jest w obecnym świecie jakoś temu przeciwdziałać?

"Trzeba się uczyć. To jest do nauczenia. Robienie zdjęć jest kompozycją - czy to jest plan żabi od dołu czy ptasi z góry, czy też normalny lub gdzie ustawiać aparat i jak to robić - to wszystko jest opisane w mojej książce. Opisałem większość tych rzeczy".

Nauka to potęgi klucz. Rozmawiam z Czesławem Czaplińskim, z Polski czy ze Stanów Zjednoczonych?

"Pół na pół. Tu się urodziłem, tam mieszkam. Teraz mam czas podzielony pół na pół. Nie jestem gotowy do powrotu całkowicie do Polski. Mam podwójne obywatelstwo, więc tak i tak".

Wobec tego, jeszcze raz zapraszamy do Lwowa.

"Absolutnie, bardzo bym chciał przyjechać. Ustalmy tylko termin w przyszłym roku. Na pewno, z wielką przyjemnością".

Dziękuję i do zobaczenia w mieście siedmiu pagórków, niewidocznej rzeki,  gruszek na wierzbie, zegarów przyśpieszających o 7 minut, uśmiechniętych ludzi e.c.t.