Tajemnice diecezji lwowskiej. Rozmowa z bp Marianem Buczkiem

30-05-2019

2018. był rokiem setnej rocznicy urodzin księdza arcybiskupa Ignacego Tokarczuka.

Rozmowa z księdzem biskupem Marianem Buczkiem, kiedyś biskupem pomocniczym we Lwowie, potem biskupem diecezji charkowsko – zaporoskiej, a obecnie biskupem – seniorem, który mieszka we Lwowie w seminarium duchownym. 

Ksiądz biskup ma osobiste wspomnienia o księże abp Tokarczuku.

Mam, dlatego, że ks. abp Ignacego poznałem nie tylko jako kleryk w Wyższym Seminarium Duchownym w Przemyślu, gdzie studiowałem w latach 1973-1979, m. in. z naszego kursu pochodził abp metropolita przemyski Adam Szal, ale też księdza biskupa Tokarczuka znam z ust i opowiadań mojego księdza proboszcza z parafii rodzinnej w Cieszanowie, koło Lubaczowa.

Tam księdzem prałatem był Józef Kłos, który do ‘46 roku był administratorem (proboszczem) parafii św. Marii Magdaleny we Lwowie.

Tam właśnie wikariuszem w czasie wojennym był młody ksiądz Ignacy Tokarczuk.

Ksiądz Tokarczuk, razem z innymi wikariuszami, pomagali, chodzili również do pomocy duszpasterskiej w szpitalu na Kulparkowie, a raczej w kaplicy przy tym wielkim szpitalu. Ksiądz Kłos znał go bardzo dobrze, opowiadał mi nieraz w krótkich rozmowach, że to był nieprzeciętny wikary, który miał swoje zdanie. Był to wikary, który potrafił nieraz tego swojego zdania bronić, co nie zawsze się zdarza wśród młodych duchownych. Także był człowiekiem odważnym i wielkiej wiary.

Od księdza Kłosa dowiedziałem się, że ksiądz Tokarczuk, nim przyszedł do Marii Magdaleny, uniknął śmierci z rąk banderowców. W parafii Złotniki, to jest na tarnopolszczyźnie, niedaleko Jazłowca, cudem uszedł śmierci. Banderowcy wydali na niego wyrok. Cudem udało mu się go uniknąć. Oczywiście, ukrywał się. Ale co to za kryjówki, skoro oni wszystko wiedzieli?

Miał później opory, żeby przyjechać i zobaczyć Lwów. Zresztą, to samo było z księdzem Kłosem, który miał możliwość pojechać odwiedzić Lwów po ‘46 roku, ale nigdy nie pojechał. Mówił „bo by mi serce pękło”.

Tak samo nie dziwię się wcale, że arcybiskup Tokarczuk, który dokładnie wiedział co tam się dzieje po wojnie - znał szczegóły, znał osoby, ale jednak nie pojechał.

Największą możliwość zobaczenia Lwowa miał w czasie wizyty ojca świętego w czerwcu 2001 roku. Wtedy biskupi, zebrani w Przemyślu, usiedli w autokar, przejechali granicę, nawet nie wiedząc kiedy ją przejeżdżają, byli na mszy świętej papieskiej, mogli zobaczyć katedrę czy Lwów i spokojnie, cichutko wrócić z powrotem.

Bp Tokarczuk miał zaproszenie, ale się wahał. Niektórzy mówili „taki odważny i nie pojechał”. Wtedy odpowiadałem – słuchajcie, gdybyście na tych ziemiach uszli z użyciem, cudownie, nie wiem jak byście się zachowali nawet po latach. Tutaj nie można mieć żadnych pretensji.

Wracając do tej znajomości... Kiedy już byłem księdzem i zacząłem pracować jako kanclerz we Lwowie, oczywiście, przyjeżdżając do Przemyśla, odwiedzałem abp Tokarczuka. On był bardzo wdzięczny za to, a ja praktycznie do końca jego życia, odwiedzałem Go.

Dostarczałem Mu schematyzmy, które wydawałem we Lwowie czy potem nawet już w Charkowie. On te schematyzmy znał na pamięć. Czytał nazwy miejscowości, bo schematyzmy wydawało się w zależności do jakiej miejscowości należą. Zawsze pytał - co jest z tamtym kościołem, co jest z innym kościołem, bo znał trochę te miejscowości i naprawdę, żył życiem kościoła na Kresach.

Nieco więcej, bp Tokarczuk przecież bardzo pomagał księżom, materialnie i finansowo. Wystarczy zacząć od księdza infułata Rutyny, który był Jego kolegą kursowym z 1942 roku we Lwowie.

Ksiądz Rutyna pracował długie lata w Kędzierzynie Koźlu. Tam był proboszczem, tam był dziekanem i kiedy przeszedł na emeryturę w wieku 75. Lat, wyjechał do pracy do swojego rodzinnego Buczacza na wschodzie, tam gdzie blisko już jest Zbaraż i bardzo blisko Tarnopol.

To tereny, gdzie kiedyś pracował ksiądz Ignacy. Ksiądz infułat wiele swoich rzeczy jadąc tam, zostawił, gdzie? U kogo? U Ignacego! Po prostu u kolegi w Kurii. Po trochę to przewoził.

Najlepszym był numer, kiedy on przyjechał z tymi swoimi rzeczami. Miał nie dużo, ale miał rower. Myśleli, że z księdzem Rutyną chyba na starość jest coś nie tak, bo ... rowerem jeździ. On ten rower przewiózł przez granicę i tym rowerem potrafił z Buczacza dojechać do Tarnopola, a to jest kilkadziesiąt kilometrów. Tak dojeżdżał do wielu parafii.

Ksiądz Rutyna remontował bardzo wiele kościołów na terenie Buczacza i regionu. Jadąc do Polski, za każdym razem wstępował do ,, Ignaca” i mówił co się dzieje na Wschodzie. Abp Ignacy zawsze zostawiał mu jakąś pomoc materialną, dorzucał do tego co robi. W sumie wszyscy księża, którzy wyjeżdżali do pracy czy przyjeżdżali stamtąd i odwiedzali arcybiskupa Tokarczuka, zawsze otrzymywali jakąś ofiarę materialną od Niego. To było „żeby ksiądz mógł remontować czy jakoś żyć”. Arcybiskup Tokarczuk także interesował się jak kościół wygląda, czy jest wyremontowany, a jeżeli nie – to dlaczego? Abp zawsze pomagał finansowo.

Wracając jeszcze do seminarium, kiedy przejeżdżałem na święta czy jakieś inne okazje lub też jechałem na imieniny arcybiskupa, to abp Tokarczuk przychodził do seminarium i po spotkaniu z wszystkimi klerykami i seminarzystami, rozmawialiśmy. Jeszcze przedtem zawsze pytał - jak tam ksiądz prałat z Cieszanowa? A ksiądz prałat żył do końca mojego pobytu w seminarium i nieraz dawał mi zdjęcia mówiąc: „zanieś to arcybiskupowi, ciekawe czy pozna?” Wtedy przychodziłem i mówiłem - księże biskupie, tu jest jedno ze zdjęć od księdza prałata. A on na to: „no właśnie, tam to było!” I od razu zaczynał opowiadać i zawsze śmiał się.

Czyli była nić porozumienia…

Tak! Abp Tokarczuk w czasie różnych kazań czy przemówień do nas, a czasem - konferencji, zawsze nam tłumaczył, że wasze kapłaństwo, bo myśmy zostali święceni w 1979 roku, będzie kapłaństwem, gdzie będziecie pracowali w XXI wieku, a wielu z was będzie, czy powinno pracować na Wschodzie.

Oczywiście, dla nas to było jak bajka o żelaznym wilku. W latach 70. była mocna komuna, Związek Radziecki walczył z religią, niszczył wszystko, wysadzał w powietrze kościoły, a tu biskup nam mówił, że wy będziecie tam pracować.

Co więcej, powtarzał „uczcie się rosyjskiego języka”. No to myśleliśmy – jak? To jeszcze rosyjskiego mamy się uczyć?! Języka naszych „kochanych przyjaciół”? Ale jak tak mówił arcybiskup, to może coś z tego będzie?
No i faktycznie, gdy przyszedł rok ‘89 i to wszystko zaczęło się łamać, a w ’89 roku miałem już 10 lat kapłaństwa, przyszedł z Lubaczowa nowy administrator apostolski, czyli arcybiskup lwowski z siedzibą w Lubaczowie w Polsce. Wtedy Lubaczów i 4 dekanaty w Polsce, to była diecezja lwowska, czyli diecezja arcybiskupa Tokarczuka.

Przepraszam, księże biskupie, tu jeszcze trzeba wspomnieć tajnego biskupa łacińskiego ze Lwowa.

Zaraz do tego tematu przejdziemy… We Lwowie już było paru księży, którzy w jakiś sposób tam pracowali. Pamiętam jak wysyłałem książki, a wysyłało się jako obywatel Polski Ludowej do obywateli Związku Radzieckiego. Niektóre książki dochodziły, a niektóre nie dochodziły, bo cenzura już się tam denerwowała, że jest tego za dużo.

Myśmy również odwiedzali tych księży, czy oni nas. Niektórzy przyjeżdżali dość często. Wiedzieliśmy, że tam jest kilku kapłanów, którzy byli kolegami księdza Tokarczuka. Np. ksiądz Jan Olszański, święcony też w ‘42 roku, był kolegą kursowym arcybiskupa Tokarczuka. Ks. Olszański pracował we Lwowie, a potem komuna wyrzuciła go aż do takiej malutkiej wioseczki za Zbruczem, która się nazywała Mańkowce. Tamże później pracował, w Mańkowcach.

Potem był ksiądz Cieński. Myśmy się dowiedzieli w Polsce, że proboszcz ze Złoczowa - ksiądz Cieński, który już był we Lwowie, został biskupem. Oczywiście, arcybiskup Tokarczuk też o wszystkim wiedział. Ja po raz pierwszy spotkałem ks. Cieńskiego w ‘87 roku, kiedy jeszcze z Polski Ludowej wyjechałem do dobrze znanego księdzu Tokarczukowi – św. pamięci ks. Ludwika Kamilewskiego, wikarego w katedrze lwowskiej.

Jak wróciłem, oczywiście bp Ignacy pytał o wszystkie szczegóły. Też pomagał księdzu Cieńskiemu i miał taki sentyment...

Przytoczę epizod z życia bp Cieńskiego i abp Tokarczuka...

Kiedyś myśmy wszyscy wiedzieli, oczywiście pocztą pantoflową, że Cieński jest biskupem. Gdy umarł, współczesny arcybiskup już wtedy Marian Jaworski, dzwoni do nas i pyta - co robić? Nie ma żadnego pisma z Watykanu, że Cieński jest biskupem.
Watykan wiedział dobrze, ale nie powiedział. Z kolei abp Tokarczuk nie mógł powiedzieć tego, czego nie mówił Watykan. Wtedy zapadła decyzja abp Jaworskiego, żeby pochować Cieńskiego jako księdza.

Wtedy jedna z sióstr – Rozalia, sercanka która pracowała ostatnie kilka miesięcy przy Cieńskim, bo abp Jaworski widząc, że Cieński już jest słaby, sprowadził sercanki, aby były przy parafii i pomagały księdzu, widząc, że abp Jaworski nie daje mitry dla biskupa, pojechała do abp Ignacego.

I przywiozła mitrę! Przywiozła mitrę, aby pochować w niej Cieńskiego. Można powiedzieć, że przemyciła, jak na tamte czasy. Ale co to za przemycanie? Przecież zakonnica też może nosić czapkę, która tak wygląda, nie? Bo były różne. Aby coś przewieźć w tą stronę, trzeba było się postarać, bo to są różne niuanse, które trzeba zachować - ja sobie mogę za granicą robić, co mi się podoba, ale tam, mogę tym samym naruszyć prawo, czy państwowe czy kościelne.

Ubrali Cieńskiego w mitrę, a Jaworski mówi: „A gdzie wy macie papier? Jak będzie papier watykański nie ma problemu”. Ale papieru nie było. „No to leć - mówi do mnie – ściągnij tą mitrę”.

No i chowaliśmy Go jako księdza, natomiast grekokatolicy, m. in. których Cieński wyświęcił w podziemiu razem z kilkoma naszymi, w tych swoich modlitwach śpiewali „za Władykę”, czyli za biskupa. My śpiewaliśmy za księdza, a oni za biskupa Cieńskiego, który wyświęcił obecnego bp pomocniczego Lwowa Leona Małego w ‘84 roku.

Później mieliśmy rocznicę. I znów pytanie - kogo rocznicę mamy? Wspominamy księdza Cieńskiego czy biskupa Cieńskiego? To znów kardynał Jaworski mówi: „proszę mi pokazać pismo”.

Rok czy dwa po śmierci robimy tablicę. Wtedy znów Jaworski mówi: „dobrze, w Watykanie i tak dalej wszyscy wiedzą, ale dajcie papier, przecież można używać nazwy, ale papieru nie ma”. W końcu na tablicy napisaliśmy, że biskup Cieński wytrwał w tych trudnych czasach, ale też herb jest pusty na tarczy herbowej. Jaki mógł być herb księdza biskupa Cieńskiego? Nie wiemy. Dlatego, miejsce jest puste.

Potem powoli informacja się już rozeszła, a na końcu, kiedy rok temu minęło 25-lecie śmierci i 50-lecie święceń, bo w ‘67 roku był święcony, to już wszędzie oficjalnie głosili, że był biskupem. Już wszyscy o tym wiedzą i mówią, ale do dzisiaj nie ma pisma z Watykanu.

A obrazki po parafiach z podobizną księdza bp Cieńskiego? Widziałam je, były rozprowadzane.

Owszem! Po śmierci ks. bp Cieńskiego, bp Tokarczuk, który był wielkim czcicielem księdza Cieńskiego i ówczesny proboszcz ksiądz Leszek Pankowski, który też jest z diecezji zamojsko-lubaczowskiej, wydali modlitwy i obrazki. To się rozeszło po ludziach.

Powstała praca magisterska w Krakowie na papieskim Uniwersytecie Jana Pawła, jeszcze wtedy nie papieskim, bo na Akademii Teologicznej. Nazwano Go wtedy ,,Niezłomnym świadkiem wiary”. Praca ukazała się w dwóch językach - po polsku i po ukraińsku. Jest tam m. in. dużo zdjęć.

Abp Tokarczuk tym wszystkim żył. Powiedział:

Jak? Umarł biskup podziemny, prześladowany, a Wy nie chcecie tak napisać?
- Bo nie dali pisma z Watykanu – mówiliśmy.

Czyli możemy powiedzieć, że wola Boża się dokonała.

My to, można powiedzieć próbujemy naprawiać przez Watykan. Powoli podajemy pisma w tej sprawie. Co więcej, teraz księża Pauliści, którzy już pracują we Lwowie i mają swoją księgarnię w Kurii, nagrywają film poświęcony księdzu Cieńskiemu.

Biorę udział w tym nagraniu i wspólnie z innymi biskupami, m. in. też z bp Marcjanem Trofimiakiem, który jest najstarszym już biskupem, bo w 91 roku wyświęcony. Bp Trofimiak znał Cieńskiego idealnie, spotykali się i to właśnie on w tym filmie bardzo dużo o Nim mówi.
Była sesja naukowa o bp Cieńskim. Miałem wykład i na tym wykładzie, jako dowód na to, że Cieński był biskupem, cytowałem biskupa Trofimiaka, gdy mówił, że jakoś w rozmowie wyrwało mu się słowo „ekscelencjo” i wtedy Cieński dosyć ostro go skrytykował: „Jak ty możesz? Co ty mówisz? Czy ty wiesz co ty mówisz? Nie mów tak nigdy!”

„To wtedy się przekonałem na 100%, że On na pewno jest biskupem” – powiedział.

Władze podejrzewały, a raczej wiedziały, że ktoś z księży jest biskupem. Były pewne, że to jest proboszcz katedry, późniejszy bp Rafał Kiernicki. Lecz bp Rafał był, jak to mówił kardynał Jaworski, „stary konspirant” jeszcze z AK, bo był w łączności. Wszystko organizował, zbierał księży i poświęcali oleje, inne rzeczy, to czy tamto.

Ale! Przy Rafale zawsze był Cieński. Czyli to biskup się modlił, a Rafał rozdzielał, krzyczał, dyrygował i bałamucił władze, które były, jak same zresztą mówiły, prawie 100% przekonane, że biskupem jest Rafał, ale nie mogli mu tego udowodnić.

Kiedy w ‘91 roku papież wyznaczył ks. Rafała biskupem pomocniczym, to wtedy władze stwierdziły: „No właśnie, to nie mógł być Rafał, bo wtedy by papież tylko potwierdził, że był biskupem”.

Bp Cieński wtedy był chory, lecz np. gdy Jaworski przyjeżdżał do Niego, zachowywał dyskrecję I tytułował Go - ,,KSIĘŻE JUBILACIE” , a On był bardzo zadowolony. I jeszcze jedno - w ‘92 roku Jego uczeń, Wacław Świerzawski został biskupem w Sandomierzu. Cieński mu pisze: „Drogi Wacusiu (ja to nawet cytowałem w swoich książkach), dokładnie 25 lat temu ja zostałem mianowany biskupem tajemnym, tajemnicy dochowałem do dzisiaj”.

On (Cieński) sobie bardzo życzył, żebyśmy tajemnicy dochowali. To nie będziemy rozgłaszać, chyba, że Watykan zrobi to inaczej. Nie ma jeszcze pisma watykańskiego. Trzeba będzie jednak kiedyś historię biskupów diecezji lwowskiej pisać i trzeba będzie zaznaczyć, że Cieński był tajnym biskupem podziemnym, został mianowany biskupem pomocniczym dla diecezji lwowskiej.

Były nawet takie historie...

Jeden z kolegów, ciut starszy, wrócił po łagrach. Był to Wojciech Olszowski, który w ’58 roku został oficjalnie przez Watykan mianowany biskupem dla katolików Kijowa i w całej Ukrainie. I co się okazało? Oni wysłali tą nominację z Watykanu przez pocztę. KGB to odczytało. Olszewskiego deportowali do Polski, a on nie wiedział za co go wyrzucili. Wyobrażacie sobie? Człowiek wraca z Syberii z łagrów, a po roku czy po dwóch wyrzucają go do Polski. Kiedy Polsce starał się za komunistycznych czasów o paszport, to go zapytali – czy ksiądz wie dlaczego księdza wyrzucili ze Związku Radzieckiego? Nie wiem. Bo ksiądz został mianowany biskupem. Ale nie było ani święceń, ani nic takiego.

Abp Tokarczuk znał te wszystkie szczegóły. Co więcej, abp Tokarczuk pamiętał z seminarium księdza Frankla. Ksiądz Stanisław Frankl był rektorem seminarium za czasów sowieckich, kiedy Tokarczuk był jeszcze klerykiem.

Były wielkie awantury.

Ksiądz Frankl był pochodzenia niemieckiego. Bardzo bronił tego seminarium, za co go aresztowali. Polskie AK odbiło go z więzienia niemieckiego. On potem zmienił imię i nazwisko, a życie kończył w klasztorze Reformatów we Lwowie. Był bardzo chory. Chorował na gruźlicę i za parę lat zmarł. Bp Tokarczuk postulował aby rozpocząć proces beatyfikacyjny rektora seminarium ks. Frankla, który zmarł w ’44 roku i został pochowany na cmentarzu Janowskim we Lwowie, gdzie go ciągle odwiedzamy.

Abp Tokarczuk miał wielki sentyment do Lwowa. Jak przyjeżdżał do Lubaczowa, a Lubaczów to była siedziba, ówczesnym administratorem apostolskim był już ks. Jan Nowicki, który był wcześniej dyrektorem seminarium we Lwowie i prefektem, więc się dobrze znali. Późniejszy bp Rechowicz, gdy miał 50 - lecie święceń, to Tokarczuk głosił mu kazanie. Rechowicz był prefektem seminarium we Lwowie kiedy Tokarczuk był klerykiem, a potem Rechowicz, jako późniejszy rektor KUL-u, był administratorem w Lubaczowie. No i Tokarczuk podtrzymywał te kontakty.

Również pamiętam 1975 rok. To było 600-lecie metropolii lwowskiej w diecezji przemyskiej archidiecezji lwowskiej. Byłem wtedy klerykiem. Cały episkopat zebrany w Przemyślu, a przed katedrą msza św. Była też sesja Episkopatu.

Był wtedy prymas Wyszyński, był Karol Wojtyła i był bardzo faworyzowany w tamte czasy bp Rechowicz z Lubaczowa - jako arcybiskup lwowski. Wtedy władze nie pozwoliły zrobić uroczystości w Lubaczowie.

To bp Rechowicz zaprosił Tokarczuka, Prymasa i Wojtyłę do Częstochowy. Tam zrobił to 600-lecie diecezji lwowskiej. Bo inni się wściekali – jak w Lubaczowie robicie rocznicę diecezji lwowskiej, a Lwów to radzieckie miasto? Mówili, że Lwów jest w Związku Radzieckim. Ale uroczystości w Częstochowie się odbyły.

Bo we Lwowie kościół był przez władze radzieckie negowany i z przekazów wiem, że np. w ’75 roku został całkiem rozwalony spychaczami cmentarz, chociażby w Borysławiu.

Tak było w wielu miejscowościach, zaś cmentarz w Borysławiu znam bardzo dobrze, bośmy teraz tam poświęcali odnowione mogiły. Trzeba pamiętać, że najwięcej kościołów rozwalono nie za Stalina, a za Chruszczowa. To się działo za Chruszczowa, a o tym się nie mówi.

To jest, niestety, prawda. Np. w Tarnopolu był wspaniały kościół i wspaniała cerkiew. Przyjechał Chruszczow i powiedział - co to za miasto jak widać same wieże kościołów i cerkwie? A mieszkańcy chcieli się wykazać, raczej „towarzysze”, no i wysadzili to w powietrze. Na miejscu naszego kościoła zbudowali supermarket czy minimarket, natomiast na rondzie w Tarnopolu, gdzie była kiedyś cerkiew, w latach ‘90 jak powstała wolna Ukraina, odbudowano cerkiew grekokatolicką. Kościoła już nie odbudowali i to jest cała historia.

Co jeszcze można mówić o abp Tokarczuku?

Zawsze przygotował księży do pracy na Wschód i już w ‘89 roku zaczął powoli wysyłać, jako pierwszych dwóch księży - śp. Jana Strojka i Jan Burasa. Ks. Buras pracuje teraz w Łucku. Wysłał ich do Mościsk. Dlaczego? Dlatego, że Mościska, Sambor i te tereny należały do diecezji przemyskiej. Kapłani którzy tam pracowali, szczególnie ksiądz Józef Legowicz, długoletni proboszcz w Mościskach, przyjeżdżał do abp i prosił, błagał o wysłanie księży i abp Tokarczuk też Go bardzo szanował.

Z tego co wiem, kończył seminarium w Rydze…

Tak, dlatego że klerycy będąc obywatelami Związku Radzieckiego mogli kończyć tylko seminarium w Rydze, w ogóle tam było wtedy seminarium rzymskokatolickie na cały Związek Radziecki. Litwini i Białorusini mieli swoje seminarium w Kownie. Ukraińcy, Kazachstan , Gruzja kształcili się w Rydze.

Ksiądz Józef Legowicz w ’81 był święcony, też cudownie osiadł w swojej parafii rodzinnej i tam zrzeszał księży. Potem następna grupa księży przyjechała z diecezji tarnowskiej, później już po podziale jeszcze rzeszowska dała paru księży. Księża przemyscy co przyszli do Lwowa, posłano pracować do diecezji kijowskiej czyli kijowsko – żytomierskiej, ale tak samo do kamieńsko – podolskiej. Stamtąd wyszedł ks. Chudzio, kanclerz diecezji kamieniecko – podolskiej. Dzisiaj jest Seminarium we Lwowie, natomiast z księży przemyskich którzy pojechali pracować wysłani jeszcze chyba przez bp Tokarczuka to jest biskup Jan Niemiec, dzisiejszy biskup pomocniczy diecezji kamieniecko – podolskiej. Później byli jeszcze księża którzy wyjechali z diecezji przemyskiej. Ks. Bogdan Grendysa pracował kiedyś we Lwowie, teraz pracuje już długie lata w Rosji. Ci, którzy słyszeli w czasie swojego pobytu w Seminarium w Przemyślu tą zachętę, nakaz , raczej prośbę aby się uczyć rosyjskiego i pracować tam na Wschodzie, to usłyszeli głos, pojechali i pracują. Ja nie powiem ilu ich teraz jest , ale jest trochę…

Można powiedzieć że ksiądz arcybiskup Ignacy Tokarczuk był ojcem Kościoła przemyskiego ale ogólnie mówiąc także tego Kościoła na Wschodzie…

Tak ! Dlatego, że 1/3 diecezji, należała kiedyś do przemyskiej, a potem już po wojnie została po stronie Związku Radzieckiego, należy teraz do lwowskiej. On się czuł odpowiedzialny jako biskup z Lubaczowa za tą część lwowską i przemyska dużo pomagała. W takich miejscowościach wokół Rudek, Sambora, Drohobycza, Borysławia, Mościsk, na cały teren przygraniczny arcybiskup Tokarczuk wspomagał. Księża tutaj przyjeżdżali, było ładowanie na samochód co się tylko dało, monstrancje, kielichy, chorągwie, obrazy, medaliki, księgi liturgiczne po polsku i wieźli to przez granicę. Biskup Tokarczuk mając takie rzeczy, nieraz mając obrazy dawał wszystko dla księży żeby to w tych parafiach było…

Rozmawiała Ewa Karlik

Opisała Maria Pyż