Pierwszy przewodnik po muzycznym Lwowie - o życiu i ambicjach mieszczaństwa

22-05-2019

We Lwowie odbyła się prezentacja książki "Muzyka we Lwowie. Od Mozarta do Majerskiego. Kompozytorzy, muzycy, instytucje". 

Jakie uczucia Panu towarzyszą?

Cieszę się, że wreszcie mogę właśnie tutaj tą książkę zaprezentować, bo książka jest o muzyce właśnie we Lwowie. Prezentacji było wiele: były dwie w Warszawie, dwie w Krakowie, Sopocie, była prezentacja w Wiedniu, no i wreszcie czas na Lwów.

Tak, miasto które się opisywało. Jak aspekty muzyczne przemieniały się przez lata we Lwowie?

Rzeczywiście, to jest bardzo ciekawe pytanie, bo Lwów miał długie tradycje muzyczne. Jeżeli chodzi o epokę renesansową już możemy powiedzieć, że w tych wiekach był ciekawy repertuar i przez kolejne stulecia, jeszcze w czasach Rzeczypospolitej, były to kapele klasztorne, magnackie, zaś inne tradycje były odkąd nastała władza austriacka. Wtedy też miasto się rozwijało pod względem tradycji muzycznych, pojawił się cały teatr operowy. Także Lwów miał wyjątkowe szczęście do rozwoju muzyki sakralnej.

Z czym są związane, wg Pana właśnie te tradycje muzyczne?

Po pierwsze, jest to związane z działalnością wielu instytucji. Lwów od razu, choćby w XVIII wieku, kiedy nastała władza austriacka, miał teatr operowy, później pojawiło się Galicyjskie Towarzystwo Muzyczne, potem kolejne towarzystwa, były zawsze szkoły muzyczne.

W 1900. roku Lwów, który miał zaledwie 200 tys. mieszkańców, miał 50 szkół muzycznych. Jest to bardzo wysoki wskaźnik. Także Lwów miał operę, niedługo później - filharmonię, towarzystwo muzyczne, orkiestry, chóry i wyjątkowo rozwinięte życie muzyczne, zwłaszcza jak na dwustu tysięczny ośrodek.

Wyjątkowe było zainteresowanie muzyką mieszkańców, którzy chodzili na koncerty do opery, ale też i muzykowali. Muzykowanie w domu jest bardzo ważne. Jest to stały kontakt z muzyką i tak, że mamy w domu fortepian, mamy skrzypce i muzyka brzmi polskich domach. To było codziennością. Ta codzienność przemieniła się w wyjątkowy świat muzyki.

Jakie są najciekawsze aspekty życia lwowskiego muzycznego, opisane w pana książce? 

Jeżeli chodzi o życie prywatne, to jest charakterystyczna też dla XIX wieku, a zwłaszcza dla Lwowa, że muzykę uprawiali nie tylko muzycy. Na przykład, profesor Kasprowicz biegle grał na fortepianie i w jego salonie spotykali się ludzie świata nauki i świata muzyki. Wykonywano pieśni Karłowicza. To jest tak, że muzyka nie zamykała się tylko do grona osób, które zawodowo się nią zajmowały.

Z jednej strony to są bardzo ciekawe biografie, chociażby śpiewaków. Lwów wyjątkowo wiele śpiewaków wykształcił, którzy potem na całym świecie występowali. Były wyjątkowo ciekawe losy, kariery. Tu przykład Janiny Korolewicz - Wajdowej, która wykształciła się muzycznie we Lwowie. Wielokrotnie występowała na różnych innych scenach, ale całe jej życie było związane ze Lwowem. Dopiero potem została wielką diwą i występowała chociażby w Kopenhagen, miała też koncerty w Londynie. Przez pryzmat tej osoby ciekawe jest patrzeć, jak ona na tle muzycznego Lwowa się rozwijała.

Pana zdaniem, co sprowadzało  tutaj muzyków światowej sławy?

To jest kolejne, bardzo ciekawe pytanie. Z jednej strony, muzycy światowej sławy tutaj bywali, a także tutaj stawali się muzykami światowej sławy, jak chociażby Karol Lipiński - wybitny kompozytor, który potem, po latach lwowskich, był kapelmistrzem w Dreźnie. Też muzycy przyjeżdżali tutaj, tacy wybitni, jak chociażby Gustaw Mahler z Wiednia. Przyjeżdżał tutaj Johann Strauss. To są najważniejsi kompozytorzy przełomu XIX i XX wieku.

Nie tylko przyjeżdżali, ale i chcieli tutaj wystąpić. Lwów, jako stolica Galicji, był ważnym ośrodkiem życia muzycznego, nie tylko w okresie zaboru, ale też w okresie międzywojennym. Tutaj się pojawiali tacy muzycy, jak choćby Bella Bartok w latach 30-ych - znany kompozytor, który miał swój koncert w filharmonii. Naprawdę pierwszorzędowe nazwiska możemy znaleźć w tradycjach muzycznych Lwowa.

Do Lwowa, jako maleńkiego miasta na peryferiach imperium austriackiego, ściekały się wszystkie ścieżki światowej sławy muzyków. Pana zdaniem, dlaczego właśnie Lwów? Co było zalążkiem tego muzycznego świata?

To jest tak, że muzyka rzeczywiście tutaj dobrze się rozwijała. Możemy porównywać Lwów z Krakowem. Kraków dobrze się rozwijał, jeżeli chodzi o sztuki piękne, za to muzyczne życie Krakowa nie było takie rozwinięte. Lwów miał życie muzyczne operowe i koncertowe dość dobrze rozwinięte. Moim zdaniem, po pierwsze zaangażowanie zarówno profesjonalistów jak i amatorów miało znaczenie. We Lwowie w chórach byli amatorzy, w towarzystwie muzycznym występowali zarówno muzycy profesjonalni, jak i muzycy amatorzy.  Też byli muzycy urzędnicy. Wyobraźmy sobie, że taki urzędnik wtedy zajmował się nie tylko sprawami związanymi z działalnością zawodową, ale wracał do domu, jadł obiad i grał na skrzypcach żeby wystąpić w ramach koncertu Towarzystwa Galicyjskiego Muzycznego. 

Z drugiej strony, oczywiście, ambicje mieszczaństwa lwowskiego, gdzie w każdym domu średnio zamożnego mieszczaństwa, mówię o warstwach wyższych, był fortepian żeby ćwiczyć. Liczba uczniów w konserwatoriach cały czas rosła i przed pierwszą wojną, i w czasach międzywojennych. Wyjątkowe też było zainteresowanie grą na fortepianie przez kobiety. To jest bardzo ciekawe, bo w tym czasie kobiety stały się dominujące, jeżeli chodzi o klasy fortepianu. W sumie to nie tylko we Lwowie, ale ciekawym jest, że uprawianie gry na fortepianie przez kobiety było dobrze widziane, a i wiele kobiet zostawało profesjonalnymi pianistkami, chociażby Helena Gustawowa.

To było tylko od święta, że raz na pół roku chodziło się na koncert. To było regularne uczestniczenie w życiu muzycznym - regularne spektakle operowe, regularne koncerty. Kraków, dla porównania, miał koncerty tylko parę razy w miesiącu. Co roku w lipcu przyjeżdżała opera lwowska do Krakowa. To już pokazuje o ile życie było mniej bogate w wydarzenia.

Pana zdaniem, czy ta epoka skończyła się we wrześniu '39 roku?

W dużej mierze tak. Wtedy w instytucjach zmienili się dyrektorzy, zjawili się nowi ludzie, przyszły inne tradycje. To jeszcze oczywiście w jakiś sposób działało w czasie wojny gdy jeszcze odpływ ludności nie był duży, ale najszybciej to opera zmieniła swój charakter. Zespół polski przestał występować, po prostu nie miał tej możliwości. Konserwatorium jeszcze jakoś działało i te tradycje przyniosły się, częściowo oczywiście, po II wojnie światowej razem z wyjazdem przewodniej liczby osób. Chociażby opera w Bytomiu, która przejęła tradycje opery lwowskiej, ale też śpiewacy.

Podam taki ciekawy przykład - chór kościoła św. Elżbiety był prowadzony przez Michała Woźnego, w dużej mierze przeniósł się do katedry na Wawelu razem z organistą i tam te tradycje były kontynuowane. Kiedyś odwiedzałem katedrę na Wawelu, poszedłem na chór i spojrzałam w nuty z których grali mszę Rahmana. Tam była pieczątka lwowska. Na tych nutach, które przywieźli ze Lwowa.

Tradycje muzyczne Lwowa w dużej mierze zakończyły się w '39 roku. Kontynuacja opierała się na kilku osobach: został Adam Sołtys, oczywiście w czasach sowieckich już nie był dyrektorem, ale miał swoje klasy, został też Tadeusz Majerski. Chociażby te dwie osoby z pokolenia osób dorosłych już po wybuchu wojny, świadczą o tradycjach i jej kontynuacji, ale to już w bardzo wąskim zakresie.

Już reasumując, jakie jest najważniejsze przesłanie Pana książki i do kogo właściwie jest adresowana?

Przesłanie książki jest takie, że Lwów był nazywany stolicą muzyczną Polski i warto Okej warto zweryfikować to, na ile to było spektakularne, jeżeli chodzi o życie muzyczne Lwowa. Książka jest adresowana do wszystkich. To nie jest praca naukowa dla specjalistów. Specjaliści też wydaje mi się, że mogą tutaj nową wiedzę znaleźć, ale to jest dla każdego. Ona ma charakter przewodnika - możemy zrobić sobie spacer po muzycznym Lwowie, gdzie są opisane nazwy przedwojenne i współczesne, możemy zobaczyć gdzie mieszkała Janina Korolewicz - Wajdowa, gdzie mieszkał Adam Didur, gdzie występował Karol Lipiński.

To wszystko jest wpisane w tradycję muzyczną i często sobie nie uświadamiamy, chodząc po Lwowie, właśnie mijamy kamienicę, gdzie ten czy inny kompozytor mieszkał, gdzie grał. Wydaje mi się, że można tą książkę jak najbardziej potraktować jako przewodnik, zwłaszcza że jest lekka, stron ma ponad 300, ale nie jest duża, jeżeli chodzi o format i każdy może coś nowego znaleźć dla siebie. To jest, tak mi się wydaje, pierwszy przewodnik po muzycznym Lwowie.