Zapisy ostatnich chwil życia i sztuka w każdej dziedzinie z Czesławem Czaplińskim

05-10-2018

Mistrz fotografii Czesław Czapliński opowiada o różnicach fotografii - dawniej i dziś, jakie są podstawowe różnice?

"Pół mojego życia to była fotografia tradycyjna, czyli na filmach. Wiązało się to z wywoływaniem, ciemnią i zawracaniem głowy z jednej strony, a z drugiej, niektórzy mówią, że wtedy coś się działo. Wtedy wyłaniało się fotografię tak jak wynalazek, jakieś odkrycie. Ja jednak wolę to, co jest teraz, ponieważ mam większą kontrolę nad tym, jestem pewny w momencie fotografowania - mam podgląd, widzę, że zdjęcie wyszło dobrze. Kiedyś, dopiero po wywołaniu wiedziałem.

Biorąc pod uwagę, że moje zdjęcia dotyczyły bardzo ważnych wydarzeń i w momencie kiedy coś by nie wyszło, niekoniecznie z mojego względu, ale przy wywoływaniu okazało się zepsute czy coś zrobione, to ponosiłbym wielkie konsekwencje. Tak się udawało, że nigdy coś takiego się nie zdarzyło, ale cały czas przeżywałem, a teraz jestem spokojny".

Skąd takie zamiłowanie fotografią?

"Właściwie pierwsze moje zamiłowanie to była biologia. Studiowałem biologię i zajmowałem się owadami - ważkami, ale równocześnie z tą entomologią, biologią i studiami, była fotografia. 

Miesiąc po pierwszej wizycie papieża w Polsce w 1979 roku wyjechałem do Nowego Jorku, gdzie zająłem się tylko fotografią".

Właśnie, mieszka Pan w Stanach Zjednoczonych, przyjechał na I Światowe Forum Mediów Polonijnych, jakie Pan odniósł wrażenia od ludzi w trakcie tej imprezy?

"W ogóle nie wiedziałam, że jest takie Forum. To była historia taka, że poznałem organizatorkę w Toruniu. Ona zaczęła szperać i wyszukała tą moją książkę i mnie zaprosiła. Ja właściwie mam tak podzielony czas życia, że pół roku spędzam w Polsce -przyjeżdżam w maju i w listopadzie wracam. Co roku tak robię, czyli 6 miesięcy mieszkam w Polsce, a 6 miesięcy w Ameryce".

Z pewnością miło jest wracać do kraju...

"Tak, ale również do Ameryki. Muszę powiedzieć, że Nowy Jork jest tak witalnym miastem, że jak wracam, to muszę go od nowa poznawać. Powstają nowe budynki nowe restauracje, nowe miejsca, całe części Nowego Jorku są przebudowywane. To tam spędzam właśnie ten zimowy okres i wczesną wiosnę, a w Polsce jestem latem i jesienią".

Niespodziewane bądź najbardziej zaskakujące zdjęcie, które Pan wywołał w życiu?

"Takie niesamowite zdjęcia, które powstały, to były zdjęcia kiedy fotografowałem Kosińskiego. Robiłem takie maski i przez przypadek nałożyły się dwa zdjęcia, a to był czas kiedy jeszcze nie było komputerów i takie zdjęcia można było tylko podwójną ekspozycją wywołać". 

Najciekawsza sytuacja związana z profesjonalnym fotografowaniem?

"Tego jest bardzo dużo, całe to operowanie z ludźmi, a z ludźmi zawsze coś się dzieje. Ktoś nie chce, ktoś coś mówi. Robiłem przez 7 lat, przyjeżdżając do Polski, zapraszałem do Łazienek Królewskich - najpiękniejszego ogrodu królewskiego w centrum Warszawy, wybitnych artystów. Bardzo to lubiłem. Przyjaźnię się ze znanymi ludźmi i np. do artystów zaliczyłem najlepszego w Polsce kucharza - Amaro. Jego restauracja zdobyła pierwszą gwiazdkę Michelin w Polsce.

Michelin jest to francuska firma, która przyznaje najlepszym restauracjom na świecie gwiazdki. No i pamiętam, że jak chciałem zaprosić Amaro do Łazienek, to rozmawiałem z dyrektorem łazienek i myślałem jak przekonać go do tego.

Chciałem kucharza zaprosić jako artystę. No i mówię do niego, - Jeżeli ktoś z gotowania robi sztukę, to jest kim? Mówi "artystą". No to ja mówię, że Amaro bym chciał zaprosić jako artystę, na co usłyszałem, że przecież możesz zapraszać kogo chcesz.

To udowadnia właśnie, że w każdej dziedzinie można dojść do artystycznego działania, do sztuki właściwie".

Dokładnie, w pełni się zgadzam. A jakie było, być może, wymarzone przez Pana zdjęcie?

"Zdjęcie, które wywołało w 1989 roku wielką wystawę w Warszawie "face to face" (twarzą w twarz). Wtedy było dokładnie 150 lat fotografii. Pokazałem zdjęcie Witolda Dederki, które jak się potem okazało, zrobiłem 5 dni przed jego śmiercią.

Pamiętam recenzję, która się ukazała w Życiu Literackim, chyba to pismo w Krakowie wychodziło, w której napisano, że jak zobaczyli to zdjęcie Dederki, to zobaczyli śmierć.  Czy można było coś zobaczyć właśnie w tym zdjęciu?

Ja takich zdjęć nie robię, ale pamiętam, że odwiedziłem wtedy z Pawłem Pierścińskim - także wybitnym fotografem, który w tamtym roku umarł i z którym zrobiłem film dokumentalny, bo również robię dokumenty, odwiedziłem Dederkę. Jak weszliśmy do niego, mieszkał na starym mieście, zobaczyłem go w piżamie w łóżku.

Właśnie takich zdjęć nie robię, ale spytałem go, czy mogę mu zrobić zdjęcia. Powiedział, że bez problemu no i zrobiłem serie ostatnich jego zdjęć. Niesamowitych zupełnie. Właśnie w tym łóżku. To był jakiś zapis tej ostatniej chwili. Udało mi się zrobić ostatnie zdjęcia w jego życiu".

Zdjęcia przekazują ludzkie emocje. Wydał Pan książkę p.t. Jak fotografować. To była chęć podzielenia się tym warsztatem z ludźmi?

"Przedtem zrobiłem książkę o fotografii portretowej. Ta książka "Jak fotografować cyfrowo" to jest moja 41. Teraz wyszła 42. Czyli tych książek jest dużo, są różne. W tej książce starałem się w bardzo prosty sposób, od samego pomysłu do realizacji, pokazać jak powstają zdjęcia. Każdy może robić piękne zdjęcia. I to jest sztuka!"

Możliwe dlatego, że trzeba być doskonałym swojej dziedzinie? Mylę się?

"Trzeba faktycznie podłożyć całe życie. Ja dopiero po iluś tam latach zobaczyłem, że pewne zdjęcia, które zrobiłem kiedyś, a które teraz przewracam, że tych ludzi już nie ma. Umarli. Pamiętam, że 1. wystawę jaką zrobiłem w Nowym Jorku, chyba był to 1981 rok, to we wstępie napisałem, nie wiem co mi do głowy wtedy przyszło, że jak się kogoś fotografuje, to moje zdjęcia po jego śmierci żeby były takim zapisem tego, jak ta osoba wygląda. Dzisiaj, po ponad 40 latach, jest wielu takich ludzi, którzy dzięki moim zdjęciom, wiemy jak wyglądają".

Część 1. rozmowy z mistrzem fotografii. Druga, nie mniej ciekawa i zaskakująca, ukaże się w następnym tygodniu.